Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat numeru

28 lutego 2019

NR 9 (Luty 2019)

„Naprawczy” modernizm?
Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach

0 128

O architekturze obudowanej cegłą, drewnem i szkłem, która wykorzystuje sąsiedztwo starych kamienic, łącząc śląską tradycję z nowoczesnością mówią zdobywcy m.in. Grand Prix Nagrody Roku SARP: Krzysztof Mycielski i Rafał Zelent z Grupy 5 Architekci oraz Wojciech Małecki z Małeccy Biuro Projektowe.

 

RED. W jakim otoczeniu powstała inwestycja?

W. Małecki: Inwestycja została zrealizowana przy ul. Św. Pawła w położonej bardzo blisko centrum miasta (około 5 min od centrum), bardzo zubożałej dzielnicy Katowic, o zabudowie z przełomu XIX i XX wieku. Miasto – widząc, jak ten rejon się pauperyzuje – postanowiło wyburzyć część kompletnie zniszczonych już budynków i przekazać działkę Uniwersytetowi, który następnie zorganizował konkurs „sarpowski” (od SARP). W konkursie wygrał projekt omawianego budynku autorstwa katalońskiej pracowni BAAS i warszawskiej pracowni Grupa 5 Architekci. My, jako pracownia z Katowic, dołączyliśmy
do tego zespołu na etapie koncepcji pokonkursowej.

K. Mycielski: Warto zwrócić uwagę, iż Katowice są miastem kontrastu. Z jednej strony mamy teren Uniwersytetu, który widać w perspektywie ulicy Św. Pawła w postaci budynku Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej (CINiBA), a tuż obok jest miasto z żywą, prawdziwą, zużytą tkanką. Porównując się z kolegami z Koszalina (pracownia HS99), którzy projektowali zresztą świetny budynek CINiBA, doszliśmy do wniosku, iż mieliśmy to szczęście, że mogliśmy budować otoczeni nadszarpniętą historyczną śląską zabudową. Natomiast oni budowali we współczesnym otoczeniu, które musieli w jakiś sposób poprawić swoim budynkiem, bo architektura wokół była „taka sobie”. Więc ich zamysłem było postawienie czegoś bardzo porządkującego, skodyfikowanego. Z kolei nasze zadanie, mimo iż budowaliśmy bardzo niedaleko, dotyczyło czegoś zupełnie innego, jeżeli chodzi o kontekst.

W.M.: Warto podkreślić, iż jest to jedyna praca, która szukała kontynuacji kontekstu. To się objawiło zarówno poprzez zachowanie starego budynku, jak i poprzez dobranie geometrii fasady frontowej powtarzającej geometrię sąsiedniej kamienicy, szczególnie w kształcie mansardy. Wiele pozostałych prac konkursowych było zdecydowanie bardziej „ikonicznych”.

R. Zelent: Jest to ważne, ponieważ „budynek centralny”, który tam już stał (familok), w warunkach konkursu był do wyburzenia. Byliśmy jedynym zespołem, który się upierał, że ma on stanowić „kręgosłup” budynku, ma być oryginalnym elementem, który należałoby obudować i którego nie należy się pozbywać.

Korytarz wewnętrzny z widokiem na dziedziniec

Sercem gmachu jest część powstała ze starej fabryki żarówek, choć początkowo był plan, aby ją wyburzyć?

K.M.: Taka była sugestia. Budynek nie miał żadnej wartości zabytkowej, tzn. nie widniał w żadnym rejestrze. Wszyscy uczestnicy konkursu postanowili go wyburzyć, a my nie. 

I to była pierwsza podstawowa decyzja. Po drugie, nie chodziło nawet o uszanowanie kontekstu i wpisanie się w niego architekturą. Chodziło o jeszcze coś więcej, a mianowicie o nobilitację kontekstu. Chcieliśmy wręcz podkreślić, że otoczenie budynku jest takie, jakie jest, i zamysłem było nadanie temu nowej wartości. Jest to zdecydowanie najcenniejsza myśl w całej realizacji. Kolejnym ruchem ważnym w konkursie było to, co w modernizmie i we współczesnej architekturze jest bardzo obecne, to znaczy otwarcie budynku na jego otoczenie – klasyczne przenikanie się wnętrza obiektu z zewnętrzem, które się tu dokonuje w parterze budynku. Ulica przenika na dziedziniec, a dziedziniec i wnętrze hallu de facto wychodzą na ulicę.

Ażurowa fasada budynku od strony ulicy Św. Pawła z podcieniem wejściowym

W.M.: Ważne jest, że nie jest to modernizm, który jest tak autokreatywny jak jednostka marsylska czy willa Savoye. A jest to naprawdę modernizm, czyli szklenia od podłogi do sufitu, duże gabaryty, transparentność, ale taki „naprawczy”, uzupełniający czy wręcz „leczniczy”.

R.Z.: Jest to też tak naprawdę rewitalizacja tego miejsca. Założeniem było, że inwestycja ma promieniować na to, 
co się dzieje dookoła. Ma to wpływać na podnoszenie wartości tej przestrzeni i zmieniać formę jej funkcjonowania. Naszym zdaniem, jest to pierwszy taki znaczący element, który ma wpłynąć na to, że dookoła zaczną się kolejne rewitalizacje.

W.M.: Z drugiej strony odbudowa Zamku w Warszawie też była rewitalizacją i też tchnęła życie, uzupełniła zabudowę, ale to nie był modernizm. W naszym budynku mamy modernizm, który nie jest agresywny.
Nawet CINiBA jest taka trochę ikoniczna, modernistyczna, ale równocześnie bardziej „gently”. Nasz budynek szukał języka modernizmu. Dzięki prostocie materiałów (tylko kilka materiałów: ceramika, beton i drewno), szkleniom itd. nie jest agresywny i to może być powód, że zdobywa on tyle nagród.

Jak współpraca z Jordim Badia z BAAS Arquitectura wpłynęła na ostateczny kształt budynku?

R.Z.: Bardzo znacząco. Dobór materiału i forma budynku, dbanie o konsekwencję, wyznaczenie kierunku i powiedzenie, co jest najważniejsze – to elementy, które wyznaczył BAAS. Nasz wspólnik z Grupa 5 Architekci, nieżyjący już dziś Mikołaj Kadłubowski, rozpoczął ten projekt we współpracy z BAAS i jeżeli spojrzy się na pierwotny szkic i wstępne założenia projektu, a potem porówna je z ostateczną formą budynku, to są to bardzo tożsame elementy i niewiele się zmieniło. Zmiany polegały raczej na uszczegółowieniu i doprecyzowaniu projektu, natomiast idea funkcjonalna, przestrzenna, została wyznaczona już w pierwszych wersjach koncepcyjnych.

Centralne schody

K.M.: Oznacza to, że ta pierwotna koncepcja była tak mocna, że obroniła się w naszych głowach przez cały okres projektowania. Jeśli chodzi o rolę BAAS, to na pewno duże znaczenie miał fakt, że to są architekci z Katalonii, którzy mogli spojrzeć na śląski kontekst z dystansem. Jestem przekonany, że sami nigdy byśmy tak nie patrzyli na to otoczenie. Wystarczy rzucić okiem na zdjęcia, jak wyglądał ten teren przed budową. W tej chwili nawet trudno to sobie wyobrazić. Była to taka „wyszczerbiona” ulica, ponure szare ściany oficyn i prawie zawalony, obrośnięty drzewami budynek, który postanowiliśmy zachować. I tu ważny jest moment, w którym oni przyjeżdżają, patrzą na to zupełnie świeżym okiem i widzą stare Katowice jako coś wręcz unikalnego. Od razu podchwycili ten charakter i doszli do wniosku, iż jest to ta wartość, którą warto podkreślać. 

Nie ma sensu wprowadzać nowych wątków, wartości, fajerwerków, które mają pokazać, że my tu teraz naprawimy otoczenie. Wręcz przeciwnie, podtrzymajmy to i uzupełnijmy poprzez włożenie tej „plamy” naszego budynku. To był najcenniejsza myśl, która obroniła się do dnia dzisiejszego.

Rys. 1. Rzut parteru
Rys. 2. Rzut pierwszego piętra

 

Rys. 3.  Rzut drugiego piętra
Rys. 4. Rzut trzeciego piętra

Na ile ta wizja jest wypadkową Państwa wizji i oczekiwań inwestora?

K.M.: Na szczęście, projekt był wyłoniony drogą otwartego międzynarodowego konkursu. Inwestor sam wybrał projekt, który mu się najbardziej spodobał, z którym się utożsamił, o czym rzeczywiście później się przekonaliśmy. Inwestor, przede wszystkim w osobie pani dziekan, Krystyny Doktorowicz, był bardzo przywiązany do naszej idei i bronił jej przez cały okres, również budowy.

R.Z.: W dramatycznych momentach, kiedy trzeba było podejmować różne trudne decyzje, pani dziekan przez cały czas stała murem za tym pomysłem. Generalnie podział pracy między naszymi pracowniami był taki, że, oczywiście, BAAS wyznaczył kierunek, my jako Grupa 5 Architekci pełniliśmy funkcję weryfikatora, wszystkich pracowni i wspieraliśmy nadzór,  a Wojtek Małecki z Katowic był pracownią na miejscu, która była na pierwszej linii frontu, na każdej naradzie na budowie toczyła tam walkę.

K.M.: Wspólnie ustalaliśmy sprawy strategiczne. Oczywiście, były chwile napięć, bo inaczej w takich pracach być nie może, ale sama idea była tak silna (jury wybrało tę pracę jednogłośnie w konkursie – przyp. red.) i każdy z nas tak bardzo się z nią utożsamiał, wszystkie trzy pracownie tak dobrze ją rozumiały, że myślę, że to zadecydowało o powodzeniu całego przedsięwzięcia.

Ceramiczna ściana w sali wykładowej na drugim piętrze

Projekt realizowany był przez ponad trzy lata. Jakie wyzwania projektowe musieli Państwo pokonać?

W.M.: Konkurs był w 2011 r., sama budowa zaczęła się w 2014 r., a zakończenie w 2017 r. Na pewno fasada była najbardziej pionierskim wyzwaniem, ona była zresztą doszlifowywana w trakcie realizacji i w trakcie projektu wykonawczego i potem podczas warsztatowych rozwiązań na budowie. Nie ma takiej drugiej elewacji w środkowo-wschodniej Europie. Jest ona zawieszona na osobnej podkonstrukcji, wykonana z prefabrykatów. Tak więc zastosowano tu zupełnie indywidualne rozwiązanie. Mieliśmy w zespole profesjonalną firmę projektującą zawieszane fasady. 

K.M.: Taki motyw powielanych „telewizorów” wykonanych z prefabrykatów betonowych już się zdarzał, zwłaszcza w architekturze z lat 70., ale nigdzie nie było to zrobione z elementów ceramicznych, tak jak w naszym obiekcie. W konkursie był pomysł, że fasadą będzie ceramiczny ażur, każda wizualizacja konkursowa pokazywała go w różny sposób, natomiast dopracowanie tego pomysłu nastąpiło na późniejszym etapie. Wiązała się z tym także konieczność znalezienia firmy, która już na etapie projektu będzie w stanie wykonać próbne elementy. I znaleźliśmy – firmę NOVA Sylwestra Trześniewskiego. Ważne były także cegielnie, które zgodziły się na wykonanie prefabrykatów. Na etapie budowy był moment, kiedy wahał się los tego projektu fasady.

Sala wykładowa na trzecim piętrze

Jednak nie chcieliśmy z niego rezygnować, w czym wsparła nas pani dziekan.

R.Z.: Ten projekt nie miałby sensu bez tej fasady. Bez niej budynek nie wpisywałby się w estetykę otoczenia. Projekt jest bardzo skromny w doborze materiałów, które przenikają z zewnątrz do środka budynku. Pozbawienie się tej fasady oznaczałoby zniweczenie całego pomysłu.

Czy dużą trudnością było utrzymanie familoka? Ze zdjęć wynika, że był on w opłakanym stanie.

W.M.: Budynek faktycznie był w złym stanie, zarośnięty, generalny wykonawca sugerował, żeby go zburzyć i odbudować, ale byliśmy zdeterminowani i udało nam się go obronić. Mieliśmy dobry zespół konstrukcyjny w postaci pracowni inżynierskiej Czesława Hodurka, który przewidział wszystkie rozwiązania. Udało się wybudować pod tym budynkiem kondygnację -1.

Sama idea naszego projektu była tak silna i każdy z nas tak bardzo się z nią utożsamiał, wszystkie trzy pracownie tak dobrze ją rozumiały, że myślę,  że to zadecydowało o powodzeniu całego przedsięwzięcia.

R.Z.: Dla Wojtka Małeckiegio, na stałe pracującego w Katowicach, to było normalne, ale dla nas, architektów z Warszawy, budowanie na terenach pogórniczych, gdzie każdy ruch powoduje, że wszystko się rysuje; że każdy budynek w otoczeniu należy spiąć klamrami itd., oznaczało trochę stąpanie po polu minowym. Na szczęście, była z nami pracownia pana inż. Czesława Hodurka, która w pracach konstrukcyjnych i konserwatorskich świetnie sobie poradziła. 

Należy dodać, że stan otoczenia był inny niż zakładaliśmy. Okazało się na przykład, że z popękanych rur kanalizacyjnych podmywane są fundamenty sąsiednich kamienic, że nie wiadomo skąd wypłukiwana jest nagle woda z fundamentów. Wszystkie konstrukcyjne i statyczne zastałości przeszłości, której nikt nie konserwował, o którą przez wiele lat nikt nie dbał, ujawniły się podczas budowy.

Fragment hallu wydziału przed docelową aranżacją

Mimo tych przeciwności familok został zagospodarowany, w środku jest biblioteka…

R.Z.: To było trudne zadanie, ponieważ budynek ciągnął wilgoć z fundamentów, a my chcieliśmy tam umieścić książki (śmiech). Ponieważ to był najprawdziwszy element tego całego obiektu i jednocześnie zastany, od początku był „sercem projektu”. Konstruktorom, instalatorom i nam, architektom, zależało, aby znaleźć na niego pomysł, który nie spali na panewce.

K.M.: Są tam zachowane dwie ściany – nie tylko ta, która została przylepiona do nowego budynku, ale również ta w drugim planie, która została do budynku wciągnięta i stanowi ważny element wnętrza. Samo wnętrze urządzone jest w bieli i przeznaczone na wydziałową bibliotekę z czytelnią i antresolą.

W.M.: Detal, który wyróżnia bibliotekę, to nietypowe schody, wykonane z trzech lub czterech arkuszy blachy łączonej w niemalże niewidoczny sposób. Blachę trzeba było wygiąć i podłączyć pod górę. Był tylko jeden wykonawca, który się tego podjął. 

Wnętrze biblioteki w ocalałym wnętrzu familoka

Czy zastany stan instalacji wpłynął na projekt obiektu? 

R.Z.: Jeżeli chodzi o budynek dydaktyczny Wydziału, to zamierzenie było dość proste – od początku było wiadomo, jakie jest jego przeznaczenie, ile jest ludzi, jaki jest system funkcjonowania. To było do przewidzenia i to udało się zrobić w całości. Najbardziej skomplikowany był aspekt dotyczący oryginalnego budynku (familoka) i wprowadzenia w nim biblioteki, bo to było związane z wilgotnością muru, z wentylacją, z przeciwdziałaniem zagrzybieniu. Były to więc elementy związane z technologią budowlaną, które wpływają na to, jak budynek będzie funkcjonował.

W.M.: Nie mieliśmy sytuacji, że musieliśmy zmienić projekt z powodów technicznych. Pomieszczenia sal wykładowych były tworzone we współpracy z akustykiem, po obliczeniach akustycznych były odbiory, bez większych problemów powstało również kino ze swoją specyfiką projekcyjną i akustycznymi ścianami. Wentylacja została zastosowana różna w zależności od pomieszczenia, w wielu z nich została naturalna, tak jak chciał Wydział, w niektórych zastosowana została klimatyzacja, a w salach wykładowych wentylacja mechaniczna. To, na czym nam szczególnie zależało i co przewalczyliśmy, to umieszczenie przewodów wentylacyjnych na poziomie kondygnacji -1, tak aby na dachu budynku nie było prawie nic. 

W dzisiejszych czasach  rola architekta obciążona jest kultem autorstwa, kultem ikony, kultem bycia gwiazdą. My zdecydowanie preferujemy nie indywidualne gwiazdorstwo, ale łączenie umiejętności i doświadczenia we wspólną mądrość, aby razem coś stworzyć.
 

R.Z.: To jest bardzo ważny element – dbałość o to, aby ta piąta elewacja, czyli widok z lotu ptaka, była czysta i uporządkowana, a nie wynikowa, aby by nie raziła przypadkowym zbiorem urządzeń, które trzeba było ustawić na dachu, bo taki jest wymóg technologii. Chcieliśmy zachować ten rygor i podtrzymać, aby dach nie pełnił funkcji przestrzeni technicznej, tylko był elementem elewacji.

Centralne schody z korytarzem prowadzącym do sal dydaktycznych

Proszę opowiedzieć o sali kinow...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Forum Nowoczesnego Budownictwa"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy