Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat numeru

7 listopada 2018

NR 7 (Październik 2018)

Muzeum Ognia w Żorach
płomieniokształtna forma obiektu

0 182

Tak jak inne słowiańskie miasta i osady o podobnej genezie nazwy (Praha, Praga, Żar), Żory powstały na miejscu wypalanego lasu. Ponadto miasto niejednokrotnie doświadczane było przez pożary. W takiej sytuacji budynek promujący miasto musiał być w jakiś sposób związany z ogniem.

Kiedy miasto Żory poprosiło nas o zaprojektowanie pawilonu służącego promocji miasta, wydawało się, że jest to zlecenie wręcz idealne – świetnie wyeksponowana działka leżąca przy wjeździe do Żor z drogi krajowej 81 (popularnej „wiślanki”), faktyczny brak ograniczeń co do formy i funkcji budynku, słowem – pełna swoboda.

Niespodzianki idealnej działki

Niestety – potwierdziła się stara zasada mówiąca o tym, że brak ścisłych wytycznych i ograniczeń to największe możliwe utrudnienie dla architekta… Co więcej – okazało się, że idealna działka kryje w sobie parę niemiłych niespodzianek. Przebiegały przez nią główne miejskie kolektory kanalizacji sanitarnej i deszczowej oraz wysokoprężny gazociąg.
Teren okazał się praktycznie niebudowlany. Badania geotechniczne wykazały, że znajdowało się tam dawne wysypisko śmieci, a podłoże do głębokości 3,4 m stanowią nasypy niebudowlane, namuły organiczne i gliny przewarstwione torfem, czyli grunty nienadające się do bezpośredniego posadowienia. Po przeanalizowaniu różnych wariantów posadowienia, w tym posadowienia pośredniego, zapadła decyzja o wymianie gruntu pod całym budynkiem na podsypkę piaskowo-żwirową. No dobrze – ale, póki co, nie mieliśmy jeszcze budynku…
Po naniesieniu na plan działki wszystkich stref ochronnych obowiązkowo wolnych od zabudowy otrzymaliśmy niepodobny do niczego kształt, praktycznie uniemożliwiający wpasowanie w niego budynku. Zbliżał się termin oddania projektu, a my znajdowaliśmy się w coraz większej kropce. Żeby przezwyciężyć stres, wyjechaliśmy na wycieczkę do Sieny. I tam, siedząc w autobusie, wpatrując się we wzięty ze sobą dla uspokojenia sumienia plan działki, wpadliśmy na pomysł. Oglądany we włoskim słońcu dziwny kształt na działce zaczął przypominać nam płomień. Co więcej – połączyliśmy ten widok z faktem, że nazwa Żory pochodzi od słowa „żar”, oznaczającego ogień. 
Faktycznie – tak jak inne słowiańskie miasta i osady o podobnej genezie nazwy (Praha, Praga, Żar) Żory powstały na miejscu wypalanego lasu. Co więcej – miasto w przeszłości nawiedzały liczne pożary, z których najtragiczniejszy wydarzył się 
11 maja 1702 roku. Zginęła wtedy połowa mieszkańców miasta, a na pamiątkę tego wydarzenia ustanowiono coroczne religijne uroczystości upamiętniające, które z czasem przerodziły się w święto miasta.

Rys. 1. Rzut parteru
Źródło: OVO Grąbczewscy Architekci
Rys. 2. Rzut poziomu -1
Źródło: OVO Grąbczewscy Architekci
Rys. 3. Elewacja wschodnia
Źródło: OVO Grąbczewscy Architekci
Rys. 4. Rzut sufitu
Źródło: OVO Grąbczewscy Architekci

Przekuć pomysł w projekt

W tym momencie wszystko stało się jasne – nasz budynek musi przypominać płomień. Błyskawicznie pojawiły się pierwsze szkice formy – trzy niezależne, rozedrgane ściany, pomiędzy którymi przepływa przestrzeń zewnętrzna i wewnętrzna. Kształt zweryfikowała makieta, funkcja wpisała się płynnie pomiędzy rzeźbiarsko ukształtowane ściany.
Ostateczna forma budynku, mimo pozornej arbitralności, ściśle współgra z funkcją oraz z kontekstem miejsca. Najdłuższa elewacja – ściana biegnąca wzdłuż drogi krajowej – stanowi jednocześnie ekran akustyczny i symbol niecodziennej funkcji obiektu. Od strony zachodniej, północnej oraz wschodniej budynek otwiera się na miasto. Kierunki dojść są zbieżne z kierunkami ścian, a całość otacza zagospodarowanie stanowiące kompozycyjne przedłużenie budynku.

Konstrukcja budynku

Na podstawie bardzo dobrze przyjętej koncepcji zaczęliśmy wykonywać projekt budowlany. Pojawiło się pytanie – jaka powinna być konstrukcja budynku. Początkowo razem z konstruktorami – Ewą i Lucjanem Cylupami – myśleliśmy o stali: kilkudziesięciometrowe ściany i dziewięciometrowe wsporniki wydawały się idealne do wykonania w lekkiej konstrukcji. Po dalszych analizach okazało się jednak, że – biorąc pod uwagę koszt realizacji, jej łatwość oraz architektoniczny wyraz wnętrza – najlepszym wyborem będzie żelbet. Podstawowy ustrój stanowiły trzy kilkudziesięciometrowe, załamane w rzucie tarcze ścian, stanowiące zakotwione w fundamentach wsporniki, połączone stropem opartym na stalowych belkach. Pomiędzy ścianami rozpięto przeszklone wejścia, zapewniające również doświetlenie całości. Ściany nośne, których górne krawędzie składają się z szeregu skośnych odcinków, wychodzące ponad płaszczyznę dachu jako attyki, zaprojektowano o grubości 25 i 30 cm z betonu klasy C 30/37. Każda ściana jest zakończona wspornikiem, który w pionie pracuje jako ściana tarcza, a w poziomie, na obciążenie wiatrem, jak płyta. Nieregularny układ ścian poprzecznych narzucił sposób kształtowania dachu, a rozpiętości między ścianami nośnymi i obciążenia wymusiły zastosowanie belek stalowych. Żelbetowe płyty dachu zaprojektowano jako krzyżowo zbrojone, oparte na ścianach i na belkach stalowych szerokostopowych typu HEB i IKS. W sytuacji braku odpowiednich ścian usztywniających, szczególnie w miejscach kotwienia wsporników, dużym wyzwaniem było zapewnienie odpowiedniej sztywności poprzecznej budynku zarówno w fazie budowy, jak i podczas eksploatacji.
Projekt potoczył się sprawnie, szybko uzyskano pozwolenie na budowę. Rozstrzygnięto przetarg na wykonawcę i rozpoczęto realizację.

Widok od południowego wschodu
Źródło: Tomasz Zakrzewski

Od piwnicy do Muzeum Ognia

Ruszyły prace ziemne – i w tym momencie pojawił się nowy pomysł. Inwestor, widząc ilość usuwanego niebudowlanego nasypu i wielkość powstającego wykopu, zdecydował, że trzeba tę przestrzeń koniecznie wykorzystać na piwnicę, początkowo nie definiując jej funkcji. Dopiero w trakcie długich wspólnych dyskusji na budowie zapadła decyzja, że pawilon ekspozycyjny należy przekształcić w Muzeum Ognia – miejsce multimedialnej ekspozycji poświęconej zarówno miastu, jak i żywiołowi ognia w jego najróżniejszych aspektach – fizycznym, symbolicznym, ekonomicznym i historycznym. 
I tu zaczął się kolejny wyścig z czasem –  w ciągu dosłownie kilku dni doprojektowaliśmy piwnicę, zamieniony projekt budowlany powędrował do zatwierdzenia, a my w tym czasie przygotowaliśmy rysunki wykonawcze.

Widok od południa
Źródło: Tomasz Zakrzewski


Trudność polegała na dodaniu kondygnacji i wprowadzeniu komunikacji pionowej – schodów głównych, windy dla osób niepełnosprawnych oraz schodów ewakuacyjnych, przy utrzymaniu kontroli nad ekspresyjną formą zewnętrza i wnętrza. Konstruktor II etapu – Marek Szmigielski – stanął przed koniecznością zamiany potężnych ław fundamentowych na skrzynię podpiwniczenia przy uwzględnieniu dość skomplikowanej geometrii budynku. Strop nad piwnicą opiera się na żelbetowych i stalowych podciągach, podobnie jak stropy górnej kondygnacji.
Przy dobrej współpracy z inwestorem i generalnym wykonawcą – firmą Voyage – poradziliśmy sobie z tym zadaniem na tyle sprawnie, że w efekcie, mimo iż wydawało się to niemożliwe, realizacja budynku z dodatkowym podpiwniczeniem nie spowodowała wstrzymania prac nawet na jeden dzień.
Podpiwniczenie, z uwagi na wprowadzenie funkcji wystawienniczej, wyszło poza pierwotny obrys budynku. Część stropu nad podziemiem pełni więc funkcję tarasu, pokrytego granitową kostką identycznie jak chodniki i miejsca parkingowe. System izolacji tarasu opracowano  z wykorzystaniem materiałów firmy Bauder. Zabezpieczyliśmy podziemną część przed przypadkowym najechaniem przez samochód, rozmieszczając na jej obwodzie granitowe ciosy.

Widok od drogi krajowej
Źródło: Tomasz Zakrzewski

Jak zapewnić ognisty wygląd?

Kluczową sprawą dla Muzeum Ognia była, oczywiście, elewacja. Nasza pierwotna idea zakładała obłożenie budynku miedzią, która z upływem czasu będzie się pokrywała patyną. Mieliśmy dla tego pomysłu idealne metaforyczne uzasadnienie. Patynowanie to nic innego, jak powolne utlenianie, tak więc można powiedzieć, że – patynując się – budynek będzie w istocie bardzo powoli się utleniał – czyli po prostu płonął… Niestety, zachwyt nad tym błyskotliwym konceptem zderzył się z twardą rzeczywistością. Inwestor trzeźwo stwierdził, że pokrywająca się patyną miedź wygląda dobrze tylko na początku i ewentualnie na samym końcu, natomiast fazy pośrednie są bardzo nieefektowne i będą nie do zaakceptowania przez statystycznego odbiorcę. Otrzymano zadanie znalezienia materiału, który zapewni budynkowi ognisty wygląd taki, jak na zaakceptowanych wizualizacjach.

Wejście od sali ekspozycyjnej
Źródło: Tomasz Zakrzewski

Rozpoczęto wielotorowe poszukiwania 

Po pierwsze – szukano metody powstrzymania miedzi przed patynowaniem. Zwrócono się do wszystkich większych dostawców miedzi z próbą o pomoc, ale odpowiedzi były niezadowalające. Można było zastosować różnorodne stopy miedzi, ale ich kolor nie do końca odpowiadał, a poza tym nawet najdroższe z nich nie gwarantowały całkowitego zabezpieczenia przed patynowaniem, a jedynie jego spowolnienie. 
Po drugie – zastanawiano się nad z...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Forum Nowoczesnego Budownictwa"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy